Krótki formularz


Skontaktuj się z nami

Sylwia Maksym

Napisz do nas

Dietetyka przyszłości

Biblioteka

Walka o zdrowie, sprawność, siebie

16-03-2014 Sylwia Maksym Drukuj artykuł

bądź zdrów
 

Uzewnętrznianie

Publiczny ekshibicjonizm emocjonalny nigdy nie był w moim stylu. Jako wielbicielka pisania długich wypracowań zawsze lubiłam pracować wyobraźnią, której nigdy nie brakowało, ale na pewno się nie uzewnętrzniać.

Wyznania dotyczące uczuć, dokonań, osiągnięć, czy obranych celów zawsze bardzo chętnie czytałam i z podziwem patrzyłam na osoby, które bez pardonu chcą o sobie opowiadać. W końcu i ja czerpałam wiedzę z ich doświadczenia, dobrych jak i ze złych kroków, którymi podążali.

 

Moda na bycie fit

Od jakiegoś czasu środowisko dietetyczno- fitnessowe przeżywa prawdziwy bum. Trenerzy chwalą się przemianami swoich podopiecznych, kobiety chwalą się swoimi pośladkami, a mężczyźni każdym dodatkowym cm w bicepsie – fajnie, buduje, dodaje otuchy i motywacji w złych chwilach i stanowi niezłego kopniaka. Jednak mało kto pisze o negatywnych skutkach szybkich metamorfoz, czy negatywnym wpływie na nasze zdrowie szybkiego biegu, który stanowi połączenie walki o sylwetkę, świetną pracę, modne ciuchy, prestiżowe miejsce na parkingu, wysokie zarobki i wszechobecne uznanie.

Żyjemy w niesamowitych czasach, pełnych pokus, dobroci, ale i wyścigu szczurów, który często spędza sen z powiek. Dlaczego o tym piszę? By zatrzymać się na chwilę, nabrać powietrza i zastanowić się nad tym w jaki sposób traktujemy swój organizm. Życie mamy jedno, zdrowie również. Warto przewartościować nasze priorytety i zmienić niezdrowe nawyki na te, które pozwolą uniknąć nam wielu chorób, od których wokół aż się roi. Nie, nie mam na myśli przeziębień, aczkolwiek i one są oznaką słabej odporności naszego organizmu, ona natomiast powodem chronicznego zmęczenia i aktywnego uczestnictwa we wcześniej wspomnianym wyścigu.

 

Od tego się zaczęło...

No to od początku. Odkąd pamiętam zawsze miałam bardzo dużo aktywności fizycznej – rozpoczęłam naukę karate kyokushinkai w wieku 3 lat – mój kuzyn był już wtedy trenerem z wysokimi osiągnięciami, więc byłam w dobrych rękach.

Kilka lat zabawy, następnie kształtowania postawy, walki, hartowania ciała i umysłu sprawiły, iż zapałałam wielką miłością do sportu. Potem pojawiło się pływanie, na zastępstwo karate, z którego musiałam zrezygnować i bardzo szybko wkroczyłam w świat fitness.

Moja przygoda z siłownią rozpoczęła się na początku gimnazjum. Zaangażowana w uczestnictwo w wielu zajęciach od typowo tanecznych, poprzez wzmacniające i rozciągające modele aerobików, chciałam rzucać żelastwem i tak też po raz pierwszy wkroczyłam na siłownię będąc na początku szkoły średniej.

 

Dieta

Moja dieta wtedy leżała (tak wiem to z racji na posiadają w chwili obecnej wiedzę), ale przecież ja twierdziłam, że jest wszystko w porządku. Uwielbiane w podstawówce przetworzone jedzenie - gorący kubek, zupka chińska, batoniki (bo szybko), babcine pierogi (bo pyszne), biała buła z margaryną (bo co innego wziąć do szkoły), słodycze (bo tylko źli ludzie ich nie lubią) zamieniło miejsce z jałowym kurczakiem, brokułami, całkowitym odstawieniem słodyczy i źródeł dobrych węglowodanów (bo na pewno od nich przytyję).

 

Wyobrażacie sobie, że przez 1,5 roku nie zjadłam ani grama: ziemniaków, kaszy, ryżu, ani lodów? - CHORE!

 

Wraz z rosnącą miłością do nowej aktywności dostałam pracę na recepcji w jednym z klubów, do których uczęszczałam. O rety, ale to był czad. Szybko zrobiłam kurs instruktora fitness, prowadziłam coraz więcej zajęć, czułam, że należę do tego świata i co najważniejsze chłonie mnie on całymi rękami pragnąc mojej wiedzy i świeżego podejścia – byłam w niebie, a z recepcjonistki wydającej z uśmiechem klucze i karnety stałam się trenerem, instruktorem i doradcą w jednym.

 

Siłownia i fitness stanęły całkowicie na pierwszym miejscu – chorobliwe liczenie kalorii (bo przecież fitneska musi wyglądać), pilnowanie godzin posiłków (bo przecież to tak ważne), chroniczny głód zaspokajany owocową gumą do żucia, katorżnicze ćwiczenia – siłownia 6x w tygodniu, ćwiczenia z klientami + prowadzenie zajęć fitness, których w okresie „szczytu formy” było 12-15h tygodniowo.

 

Dziewczyno co Ty robisz?

Tak wiem, masakra! Teraz to wiem! Rozpoczął się czas studiów, fizjoterapia dość wymagający kierunek, więc rosnące zmęczenie treningami, dietą, pracą było dodatkowo potęgowane przez uczelnię i ogrom wiedzy, która była do przyswojenia.

Samonapędzające się zwariowane koło, które tak cholernie wciąga i uzależnia – lubiłam szybkie życie. Pamiętam jak niknęłam w oczach, znajomi z LO nie poznawali mnie na ulicach, gdyż moje ciałko uległo całkowitej przemianie.

 

Ale schudłaś!

Pewnie, że cieszyło, każdy komplement zawsze cieszy, na tyle iż nie zauważałam, że zaczynam przeginać w drugą stronę.

 

Zmęczona i szara

Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki, z uśmiechniętej i pomocnej Sylwii stałam się wiecznie zmęczoną zołzą o szarej twarzy i wystających obojczykach. Całe szczęście iskierka rozsądku została we mnie i w porę obudziła. Ograniczyłam (nie zrezygnowałam!) aktywność fizyczną, do czego również przyczyniła się zmiana pracy i zaczęłam bardziej o siebie dbać.

Jednak stare nawyki nie od razu pozwoliły na wyrwanie się z sideł… Wszyscy to znamy…

 

Znowu dieta

Dieta, z nią był największy problem. Zanim trafiłam na odpowiedni szlak, moja wędrówka była drogą przez mękę. Począwszy od różnego rodzaju diet (tak, musiałam wypróbować na sobie), poprzez typowo kulturystyczne ryż, brokuł, kurczak najlepiej w 5-6 porcjach codziennie, białkowo-tłuszczowych śniadań, głodówki zamiast kolacji, i wielu innych dziwactw. Efekty? Parę kg w górę, kilka w dół. Zmęczenie, bóle brzucha, problemy z jelitami, bóle głowy, wieczne niewyspanie i zmęczenie, głód lub też napady kompulsywnego objadania się.

Czyli zdecydowanie coś nie działa, a może jednak podejmowanie przeze mnie kroki nie są właściwe… No właśnie… Udałam się do lekarza, wykonałam szereg badań. Zdiagnozowano u mniepoczątki insulinooporności i zespół policystycznych jajników, problemy z wydzielaniem kortyzolu i hormonów tarczycy.

 

Za dużo tego

Tak, namnożyło się. Przerażającym jest, iż od dłuższego czasu spotykam się wśród bliskich mi osób z niestrawnościami, wzdęciami, nieregularnym miesiączkowaniem, wieloma alergiami, chorobami autoimmunologicznymi, cukrzycą.

Każdemu znane są objawy ciężkości po posiłku, kiepska odporność, podatność na choroby czy choćby bóle głowy. Do tej pory czytałam o tym w książkach, w których przedstawiano plagę otyłości w USA i ciągnące się za nią skutki. Jak widać nie trzeba być otyłym aby nabawić się wielu chorób. Stres, zmęczenie, podróże służbowe, przewlekłe choroby, przetworzona żywność, brak umiaru – to nas powoli zabija i sprawia, iż stajemy się coraz mniej efektywni i produktywni.

 

Wcześniejsze objawy takie jak:

  • bezsenność

  • drżenie rąk

  • drażliwość- zachcianki na słodycze

  • przyrost wagi

  • niemożność spalenia tk tłuszczowej mimo znacznej aktywności fizycznej

  • wilczy apetyt

  • nerwowość

  • niewytłumaczalne zapominalstwo

 

To wszystko nie dawało mi klarownego obrazu, który po prostu tłumaczyłam zmęczeniem, które zaraz odeśpię… tak, jasne.

 

Słuchaj i słysz

No cóż, w końcu wiele sygnałów płynących ze strony organizmu i spotkanie pewnej mądrej głowy na jednym ze szkoleń skierowało w stronę specjalistycznych badań. NFZ w naszym kraju jak i wielu lekarzy nie działa przychylnie w stronę pacjenta, więc większość badań musiałam wykonać prywatnie, wcześniej słysząc „tak, jest insulinooporność, ale przecież to jeszcze nie cukrzyca, jak będzie konieczność to damy Pani leki”. Tak leczyć, a wyleczyć to ogromna różnica.

 

Dziś jeszcze czekam na wyniki kolejnych badań, które określą stan nadnerczy i tarczycy. Zmiana diety i sposobu życia, ze szczególnym nastawieniem na odpoczynek przy mojej wewnętrznej werwie nie należała do najłatwiejszych. Do tego wszystkiego dochodzi odpowiednia suplementacja i regeneracja. Dam radę, przecież. 

 

Dobra rada

Piszę to wszystko by przestrzec Was przed tym co mnie spotkało, a także by pokazać, że można walczyć z tym bebolem i się nie poddawać. Ja nie mam zamiaru rezygnować z treningów, a jedynie je ograniczę i dostosuję pod kątem choroby, słodyczy nie jem już dawna, a zdrowe ciacha piekę z wielką ochotą, alkohol też jest mi zbędny – przynajmniej znajomi będą mieli zawsze pod ręką szofera, bo imprez też nie mam zamiaru odpuszczać.

Jestem bojowa nastawiona, szczególnie iż moja choroba pozwoli mi jeszcze bardziej zrozumieć wewnętrzne mechanizmy zachodzące w naszym ciele i tym samym precyzyjniej pomagać Klientom, na czym w chwili obecnej również chcę się solidnie skupić. 

 

Uszczęśliwiaj się

Róbmy to co przynosi nam szczęście, daje zadowolenie i radość. Żyjmy powoli, ale wykorzystujmy każdą chwilę najlepiej jak tylko się da. Kochajmy i bądźmy kochani, to najważniejsze. Całe szczęście mam przy sobie najcudowniejszą osobę, jaką mogłabym sobie tylko wymarzyć. Dziękuję.

 Nie przypuszczałam, że aż tak się rozpiszę, ale gdy znajdzie się ktoś z Was, kto dobrnie do końca to będzie mi bardzo miło.

 

Bądźcie zdrowi i dbajcie o siebie, nieumyte szklanki w zlewie, brudne okna, czy odpuszczony jeden w tygodniu trening naprawdę mogą poczekać, zdrowie nie…

body idea

body idea

body idea

Emotikon smile


sylwia maksym body idea dietetyk

Sylwia Maksym

Dyplomowany dietetyk klinicznym, dietetyk sportowy, mgr fizjoterapii, instruktor fitness i certyfikowany trener personalny. Na co dzień pracuje w prywatnym szpitalu jako dietetyk kliniczny na oddziale neurologicznym. We własnym gabinecie Body Idea Dietetyka Przyszłości głównie współpracuje ze sportowcami będącymi na dietach roślinnych, a także kobietami borykającymi się z zespołem policystycznych jajników, zaburzeniami odżywiania (kompulsywne objadanie się, anoreksja, bulimia) czy insulinoopornością. Z zamiłowania nieokiełznana kulinarna globtroterka, wielbicielka mocnej kawy, kolarstwa, mody i kultury hiszpańskiej.



Komentarze


Dodaj komentarz